Strona główna
Powołanie
Porozmawiaj
Spotkanie z ...
Jednym słowem
Drzwi Otwarte
Krużganek zakonny
Śladami świętych
Moja modlitwa
Listy od Was
Warto przeczytać
Galeria Foto

-- Partnerzy portalu --

Wydawnictwo Sióstr Loretanek

Żywa Wiara

Misyjne Drogi

-- Polecamy --

Oaza - Kościół Domowy












Chwała Najświętszemu Sercu Jezusowemu!

 Moje powołanie


 ABY CAŁE ŻYCIE MOJE SPŁONĘŁO DLA TWOJEJ CHWAŁY

S. Liliana Mozdyniewicz SłNSJ: profesję wieczystą złożyła 2 sierpnia 2001 r., referentka powołaniowa Zgromadzenia, wychowawczyni w bursie dla studentek w Krakowie, Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego.

Pochodzę z przeciętnej rodziny katolickiej. Moi rodzice od początku wychowywali mnie w wierze, szczególnie moja mama. Nie obce mi były roraty, pierwsze piątki miesiąca, różaniec, majówki itd. Nie mogę jednak powiedzieć, bym wyróżniała się jakimś szczególnym zamiłowaniem do Kościoła, do modlitwy. Moje życie zaczęło się stopniowo zmieniać, kiedy w szkole średniej zaczęłam uczęszczać na spotkania Ruchu Światło-Życie, a następnie Grupy Misyjnej działającej przy mojej parafii. Poznałam wspaniałych ludzi, z którymi wspólnie odkrywałam drogi modlitwy, poznawania Boga. Z początku moje codzienne uczestnictwo w Eucharystii wypływało raczej z chęci spotkania się z przyjaciółmi; z biegiem czasu zauważyłam jednak, że tu chodzi o coś więcej. Nawet wtedy gdy wiedziałam, że nie spotkam nikogo znajomego, czułam ogromną potrzebę spotkania z Chrystusem w Komunii Świętej. I tak rozpoczęła się moja przygoda z Bogiem.

Myśli o powołaniu zakonnym pojawiały się u mnie od czasu do czasu, ale zaraz je odrzucałam, próbując przekonać samą siebie, że ta droga nie jest dla mnie. Chrystus cichutko pukał, ale ja udawałam, że nie słyszę. Inaczej wyobrażałam sobie swoją przyszłość – tak jak prawie każda młoda dziewczyna przeżywałam zauroczenie pewnym chłopakiem. Zafascynowałam się nim, a raczej (patrząc teraz z perspektywy czasu) Chrystusem, który z niego promieniował. Bardzo wiele mu zawdzięczam, przede wszystkim pogłębienie mojej osobowej relacji z Bogiem. Chciałam być z nim, jednak ciągle odczuwałam, że czegoś mi brakuje, miałam wiele wątpliwości, jakie plany ma Bóg względem mojego życia. Zadawałam Bogu wciąż pytanie: Co mam czynić? Czego ode mnie pragniesz, Jezu?

Idąc za radą mojej animatorki (by jak najczęściej wsłuchiwać się w Słowo Boże i tam szukać odpowiedzi na swoje pytania), po długiej modlitwie otworzyłam Pismo Święte i przeczytałam fragment o św. Piotrze, którego Jezus trzykrotnie pyta, czy kocha Go więcej niż inni i w końcu mówi do niego: Pójdź za Mną. Nie wierzyłam, że to może odnosić się do mnie, nie chciałam, by tak było, próbowałam wyrzucić te słowa z mojej pamięci, z mego serca. Ale to: Pójdź za Mną, nie dawało mi spokoju.

Skończyłam liceum i za namową moich rodziców postanowiłam zdawać na studia. Pojechałam na egzaminy i, przygotowując się do egzaminu ustnego, patrzyłam na tych wszystkich młodych ludzi, którym tak bardzo zależało, aby dostać się na wymarzony kierunek. Pomyślałam wtedy, że to nie jest moje miejsce, że chyba Bóg chce ode mnie czegoś innego. Zrezygnowałam z dalszych egzaminów i wróciłam do domu. Zaczęłam pracować w sklepie mojego taty, jednak kiedy tylko mogłam, chodziłam do kościoła, by tam prosić Boga o światło. Nawiązałam kontakt z moją ciocią, która była już kilkanaście lat w klasztorze, aby się czegoś więcej o tym życiu dowiedzieć.

Pół roku po maturze powiedziałam mojej najlepszej przyjaciółce, że zamierzam wstąpić do zakonu i zostać siostrą zakonną. To było moje pierwsze TAK, ale niezupełnie szczere. Byłam prawie pewna, że przez te pół roku do rozpoczęcia życia zakonnego myśl ta wywietrzeje mi z głowy i będę wiedziała, co mam w życiu robić. Stało się jednak zupełnie inaczej. Bóg przyjął to moje TAK – tak kruche i słabe; przyjął i z biegiem czasu oczyszczał.

Podczas wakacji udałam się jako wolontariuszka na rekolekcje dla osób niepełnosprawnych. I właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że niczego tak bardzo nie pragnę, jak oddać swoje życie Bogu. Byłam jednak ogromnym niedowiarkiem. Chciałam od Boga znaku i celowo wymyśliłam coś, co – byłam tego pewna – bez interwencji Boga nie może się dokonać. Jeszcze podczas trwania tych rekolekcji mogłam się cieszyć z odpowiedzi Boga na moją prośbę. Radość moja była tak wielka, że gdybym mogła, to obwieściłabym całemu światu, że chcę służyć Bogu w zakonie. Po raz kolejny powiernikiem mojej tajemnicy była moja najlepsza przyjaciółka oraz chłopak, którego darzyłam głębokim uczuciem. Od tamtej pory ziarenko powołania kiełkowało coraz bardziej w moim sercu, wzrastało pragnienie miłości Boga.

Jeszcze rok pozostałam w domu, gdyż takie były Jego plany. Wtedy ich do końca nie rozumiałam, lecz patrząc z perspektywy czasu, widzę, jak ten czas był mi potrzebny na oczyszczenie moich motywacji, pogłębienie zażyłości z Bogiem.

Z wyborem zgromadzenia zakonnego nie miałam problemu; ja po prostu wiedziałam, że to mają być siostry sercanki. Znałam kilka zgromadzeń z różnych rekolekcji oazowych i nie tylko, lecz Bóg wlał w moje serce pewność, że chce mnie mieć jako siostrę sercankę. Serce kojarzy się z miłością. W głębi swojego serca słyszałam głos, przynaglenie, bym kochała nie tylko jednego człowieka, czułam, że Bóg chce ode mnie czegoś więcej, a mianowicie bym tą miłością Bożego Serca rozpalała serca wielu ludzi. I powiedziałam TAK.

Jakże wielka była moja radość, gdy rozpoczęłam swoją formację zakonną. Świadomość dobrego wyboru, bycia na właściwym miejscu, towarzyszyła mi od samego początku. Nie chcę przez to powiedzieć, że zawsze było łatwo. Przeżywałam też trudne chwile, różne wątpliwości, lecz Bóg zawsze był ze mną. Po postulacie rozpoczęłam piękny czas pustyni, czas nowicjatu, który pozwolił mi wypłynąć na głębię mojego życia, zobaczyć ogromny obszar czekającej mnie pracy nad sobą i doświadczyć przy tym mocy i miłości Boga. Po dwóch latach nowicjatu złożyłam pierwsze śluby zakonne w Przemyślu, a następnie po pięciu latach junioratu 2 sierpnia 2001 roku profesję wieczystą w Krakowie. „Aby całe życie moje spłonęło dla Twojej chwały” – motto, które mam wypisane na obrazku ze ślubów wieczystych mobilizuje mnie każdego dnia do coraz wierniejszej i gorliwszej służby Bożemu Sercu.

Obecnie jestem już siostrą profeską z 17-letnim stażem pobytu w naszym zgromadzeniu, w tym dziewięć lat po ślubach wieczystych. Pracuję jako katechetka w szkole średniej, pełniąc ponadto funkcję referentki powołaniowej w jednej z naszych prowincji. Z każdym dniem wzrasta moja wdzięczność Bogu za ten szczególny dar, jakim jest powołanie zakonne.

Tak wiele młodych dziewcząt boi się dzisiaj oddać swoje życie Chrystusowi, boi się radykalnie iść za Nim. Mogłabym powiedzieć im tylko jedno: nigdy nie byłabym tak szczęśliwa, jak jestem teraz, gdybym kiedyś nie dokonała wyboru, nie zaryzykowała oddać steru swego życia Chrystusowi. Nigdy nie doświadczyłabym w takim stopniu mocy Boga działającego we mnie i przeze mnie. Gdybym nadal roztrząsała wszystkie obawy, pytania i wątpliwości, a nie dała się poprowadzić Jezusowi, być może dziś pogrążona bym była w smutku, niepokoju i nadal nie wiedziała, jakiego wyboru dokonać. Dziś mogę powiedzieć, że odnalazłam moje szczęście i choć wciąż szukam Boga i Jego woli, to wiem, że z Nim i dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Potrzeba tylko wiary, ufności i odwagi.

Wychodząc dziś do ludzi jako siostra sercanka, ubrana w czarny welon, czarny habit z wyszytym na szkaplerzu symbolem Najświętszego Serca Pana Jezusa, białym sznurem z trzema węzłami (symbolizującymi trzy śluby zakonne: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa) oraz różańcem u boku, chcę dzielić się tą Bożą Miłością, której doświadczam każdego dnia, z wszystkimi ludźmi, których Bóg stawia na mojej drodze.

Wstępując do klasztoru, nie znałam ani historii zgromadzenia, ani charyzmatu. Im bardziej jednak wnikam w intencje naszych Założycieli: św. Józefa Sebastiana Pelczara i sł. B. Matki Klary Szczęsnej, tym bardziej dostrzegam Boży plan wobec siebie.

Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego założył św. Józef Sebastian Pelczar przy współudziale służebnicy Bożej m. Klary Szczęsnej 15 kwietnia 1894 roku w Krakowie. Miało ono objąć troską najbardziej potrzebujących, zwłaszcza dziewczęta, służące, robotnice i chorych. W 1912 roku otrzymało ostateczne zatwierdzenie przez papieża Piusa X.

Oprócz działalności opiekuńczo-wychowawczej wobec dziewcząt i kobiet oraz posługi chorym w ich domach, siostry posługiwały w szpitalach, domach opieki, przedszkolach, ochronkach i sierocińcach, prowadziły szkoły gospodarcze. Obejmowały też działy gospodarcze w seminariach duchownych i domach biskupich. Represje komunistyczne spowodowały, że zgromadzenie na szerszą skalę włączyło się w prace parafialne, przede wszystkim w katechizację dzieci i młodzieży. Te główne kierunki pracy siostry kontynuują do dziś w różnych krajach (Polska, Francja, Włochy, Ukraina, USA), a także na terenach misyjnych (Jamajka, Boliwia, Libia), czyniąc wszystko: „Na chwałę Najśw. Serca Jezusowego”. Obecnie zgromadzenie liczy 513 sióstr.

S. Liliana
ze Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego

Kontakt:
lila40@poczta.onet.pl
www.barka.sercanki.org.pl lub www.sercanki.org.pl

 

Co o tym myślisz?

Masz pytania?
Chcesz porozmawiać?
Zobacz tu... 

Komentarze:

Witaj Agnieszko! Jeśli masz powołanie to nic i nikt nie napełni Twojego serca w pełni. Zawsze będziesz czuła, nawet mając wszystko- wykształcenie, pracę, że nie jesteś szczęśliwa. Ja też długi czas uciekałam Bogu i czułam dokładnie tak jak Ty ale gdy podjęłam decyzję poczułam się wolna i szczęśliwa. Warto!!! Przecież możesz być lekarzem i siostrą to jest możliwe. A siostra też jest matką na sposób duchowy, rodząc w ludzkich sercach Jezusa. Zapraszam Cię jeśli chcesz porozmawiać na www. sercanki.pl

s. Agnieszka, 2012-01-14

Mi też coś mówiło, żeby wstąpić do zakonu już wiele lat temu i czasami wydaje mi się, że ten głos słyszę znowu, ale opieram się jak mogę...nie wiem czemu. Kończę studia medyczne, chcę mieć męża i dzieci, być dobrym lekarzem, kochającą matką, żoną. Cały czas ze sobą walczę i ciągle czegoś w moim życiu brakuje i nie jestem szczęśliwa. Pobiegłam za tym światem, narobiłam pełno głupstw, wielu rzeczy żałuję, ale czasu nie cofnę. Męczę się strasznie i sama nie wiem, co mam z tym swoim życiem zrobić.

Agnieszka, 2011-11-07

mi kiedyś też coś mówiło w sercu żebym wstąpiła do zakonu ale nie słyszałam tego wyrażnie i do tego brakowało mi odwagi i w ogóle zajmowałam się innymi sprawami. Zawsze chciałam wyjść za mąż i mieć dzieci. I tak się stało. Wyszłam za mąż mając 26 lat .Teraz mam 32 lata i mniej więcej od 2 lat moja więź z Bogiem się pogłebiła.Bardzo często spotykam Go w Eucharystii i modlę się. Moje relacje z Nim polepszyły się po odprawieniu I piątków miesiąca. Wtedy poczułam Jego obecność i nigdy tak mocno nie odczuwałam że jednak powinnam wtedy pójść i spróbować wstąpić do zakonu. Teraz po upływie czasu powiedziałabym Mu :"TAK" Panie pójdę za Tobą." Ale "TAK" powiedziałam już komuś innemu. Czuję radość że mam męża i cudownego synka, ale czuję że ominęło mnie coś wyjątkowego, nie będąc w zakonie, coś co dane będzie przeżyć to innej osobie konsekrowanej. Bo Bóg to coś więcej niż nasza miłość ludzka.

s., 2011-10-10

To prawda ze powolanie to wielka tajemnice . Bog nas powoluje i jest to cos cudownego..............

ilona, 2011-04-05

miło było poczytać

f, 2011-04-04



 
 strona główna

 „RÓŻANIEC”
-maj 2018
 „Szerokie są drzwi ubogiej chaty”
 Rekolekcje wakacyjne 2015
 Zapraszamy do Rabki-Zdrój po wypoczynek i zdrowie!
 Każdy dzień rekolekcji uczył mnie czegoś nowego
 Szkaplerz karmelitański
 Bł. Ojciec Hilary Januszewski
 Maryja - doskonały przykład naśladowania Jezusa
 Eliasz - życie w obecności Boga
 Gdy jestem z Toba, ziemia mnie nie cieszy
 MARIANIE
 Pamiętajmy o różańcu!
 Błogosławiony Antoni Leszczewicz
 Błogosławiony Jerzy Kaszyra
 Błogosławiony Jerzy Matulewicz
 Błogosławiony Stanisław Papczyński
Copyright (c) 2006-2016 Zakony.pl Konto w portalu  |  Zakony żeńskie  |  Zakony męskie  |  Podziel się ...  |  O portalu  |  Kontakt  |  Partnerzy